Epoka Nordlingów Strona Główna


Jest rok 1369. Magia została surowo zakazana, a ich użytkowników zaczęto ścigać. Wszystkie znane osoby umarły, lecz teraz przypadła kolej na ich potomków. Kilkanaście lat temu uważano, że nastał wreszcie wyczekiwany czas stabilizacji i pokoju, lecz to były tylko pozory. Na południu na dobre rozpoczęła się wojna domowa. Na północy władcy coraz częściej popadają miedzy sobą w konflikty. Mieszczanie przestają być ufni wobec siebie, a bramy miast nocami są zamykane. Wszystko podąża w złym kierunku. Może to świadczyć o upadku znanego nam świata. Przeżyj w tych ciężkich czasach walcząc z niebezpieczeństwami!




Epoka Nordlingów Strona Główna



Poprzedni temat «» Następny temat
Wojna domowa w Temerii (fabuła ENvol2)
Autor Wiadomość
Mistrz Bartholomeo


STRONNICTWO:
Każde

RASA:
Człowiek

ZAJĘCIE:
Bard

MIEJSCE ZAMIESZKANIA:
Każde

MOTTO:
Opowiedzieć Ci historię?

Wysłany: 2018-04-05, 10:07   Wojna domowa w Temerii (fabuła ENvol2)

FABUŁA: "DOM TWÓJ, GDZIE SERCE TWOJE"


MG: Ambroise de Luyne (KLIK), Robert Borycki (KLIK)

Czerwiec, roku 1369, był wyjątkowo gorący, o czym przekonywali się już kupcy, rzemieślnicy, czy przechodnie, którzy chowali się w cień, nie mogąc znieść upałów. Niestety byli tacy, co mieli dużo gorzej. Przykładowo strażnicy miejscy, którzy musieli wykonywać swoje obowiązki w pełnym rynsztunku...
-Czyżby Wieczny Ogień postanowił zalać nas kurwa zbawieniem?
Spytał brodaty mężczyzna, który przemierzał główną ulicę Mariboru, w towarzystwie dwóch temerskich mundurowych, podążających za nim. Był ślepy na jedno oko, oraz bliznowaty, co mogło świadczyć o jego doświadczeniu bitewnym. Jednakże każdy Temerczyk w jego wieku należał dawniej do młodego pokolenia żołnierzy na wojnie, co walczyli w obronie ojczyzny. Teraz mógł się poszczycić tytułem weterana, odznaką i słabym wzrokiem.
-Komendancie Borycki, to bluźniercze słowa. Ściągnie Pan na siebie tylko boskie przekleństwo!
Odparł jeden z tej dwójki, najwidoczniej podkomendny.
-Jakby upał to było za mało...
Dodał starszy strażnik, z dozą nieprzyjemniści w głosie i brakiem poszanowania dla wiary. Żył jednak na temerskich warunkach, a nie redańskich, które zmusiłyby go do trzymania języka za zębami.
Komendant straży miejskiej Mariboru, oraz szeregowi, w końcu dotarli do miejsca docelowego, jakim była kamienica samego zarządcy miasta, Sebastiana de Luyne. Gdy zapukali do drzwi, otworzyła im służka z wielkim zdziwieniem...
-Tak... Słucham?
-Komendant straży miejskiej, Robert Borycki, moje uszanowanie. Przybyłem z wizytą do Pana Sebastiana de Luyne, można wejść?
-Pan de Luyne jest chwilowo nieobecny, jednakże zapraszam do salonu, gdzie można przeczekać.
Robert rozkazał swoim pachołkom pozostać przed wejściem na warcie, natomiast on sam zagłębił się we wnętrze domostwa. Było ona bardzo bogate, lecz nie było co się dziwić, kiedy członkowie rodu mają wysokie pozycję na królewskim dworze.
Przeczesał włosy, oraz brodę, by mniej przypominać dzikusa, gdy nagle usłyszał czyjeś kroki. W progu wejścia do salonu stanął stary mężczyzna, o wyglądzie i godności prawdziwego arystokraty, na co wskazywała broda - znająca się dobrze z barberem, a take ubiór, eleganckie szaty zdobione kosztownościami. Kiedy Robert rozpoznał go, od razu lekko ukłonił się skrępowany. Starzec odpowiedział tym samym.
-Rad jestem widzieć Cię, Komendancie Borycki. Jak się mają sprawy Mariboru?
Spytał starzec, podchodząc do barku z alkoholem i wybierając dobre, nietanie, wino. Rozlał je do dwóch kielichów.
-Panie, informuję, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, a nawet przestępczości tyle, co nic!- Odparł szybko, otrzymując od rozmówcy procentowy trunek. -Dziękuję. Przepraszam za nietaktowne pytanie, lecz czemu Kanclerz Królestwa Temerskiego przebywa w domu zarządcy Mariboru?
Spytał w końcu, upijając łyk. Słodkie.
-Borycki, przypominam, że Sebastian jest boim bratem, dlatego nadarzają mi się takie okazję w życiu, że mam ochotę go po prostu odwiedzić. Zresztą nie tylko ja przyjechałem z Wyzimy. Wziąłem ze sobą Henryka, mego syna, oraz jego żonę Lieselotte. Obecnie zajmują się pewną konkretną rzeczą, a natomiast mój brat jest na spotkaniu z radnymi miasta, więc zostałem tu sam jak palec.
Udzielił treściwej odpowiedzi, także upijając łyk, na co Robert tylko pokiwał w geście zrozumienia. Ambroise - bo tak się nazywał starzec - zrobił mały grymas zastanowienia.
-A czego Komendancie Borycki oczekujesz od Sebastiana? Może ja jestem w stanie Ci pomóc?
Spytał Kanclerz, rozsiadając się wygodnie w fotelu. Robert zastanowił się nad odpowiedzią, ale upił jeszcze łyk i odłożył kielich.
-Niestety nie, Panie de Luyne. I także nie o Pańskiego brata mi chodzi. Lecz o syna...
-Henryka...? Ależ czemu...?
-Dostałem zadanie, aby poinformować go, że musi niezwłocznie ruszyć do stolicy, ponieważ Nasz Pan i Władca, król Hektus, ma dla niego zadanie...
Ambroise wydawał się zdziwiony, ponieważ ledwo co przybyli do Mariboru w celach odpoczynku. Jednak polityka nigdy nie odpoczywa.
-Borycki, mam rozumieć, że byłeś jednak świadomy, że jesteśmy tu, a nie w Wyzimie.
-Nie, Panie. Tylko o Henryku wiedziałem...
-A więc mnie nikt nie wzywał. Zastanawiające, czego nasz król pragnie od swojego Naczelnika Policji Politycznej, że nie informuje o niczy. swojego kanclerza...
Zapadła cisza, ponieważ Borycki byłjednak ostatnią osobą znającą polityczne intrygi. On tylko przekazywał informację, oraz rozdawał wpierdol tym, którzy mieli jakiś problem z prawem.
Robert spojrzał na ścianę, gdzie wisiały portrety przeróżnych członków rodu de Luyne, lecz tylko jeden zwrócił jego uwagę na dłużej. Obraz przepięknej, młodej, rudowłosej kobiety (KLIK). Przypatrywał się mu na tyle długo, aby zaintrygowało to samego Seniora Rodu...
-Lieselotte Astrid Catherine de Luyne, z domu de Lavelle. Moja synowa. Jest trochę młodsza od mojego syna, jednak nie na tyle, by robiło im to problem. Jej ojciec, lord Sylvain de Lavelle, jest bardzo wpływowym arystokratą ze stolicy. Ten ożenek otworzył Henrykowi drogę do dworu Sindusów...
Opowiedział Kanclerz, chcąc uspokoić ciekawość Roberta, który był tylko prostym człowiekiem i nie orientował się w takich rzeczach. On wszystko ujmował jasno i klarownie.
-Jeśli ten ożenek był narzucony, to Henryk miał wielkie szczęście. Jest to przepiękna kobieta.
-A arogancka, twarda i dumna, jak nie jeden prawdziwy mąż.
Zaśmiał się Ambroise, a zaraz po nim Robert, który jednak trochę wymusił tę reakcję. Zostawił sprawę obrazu w spokoju.
-A więc, Panie, co tak konkretnie Henryk poszedł zrobić...?
 
   Podziel się na:  
Henryk de Luyne
...


STRONNICTWO:
Temeria

RASA:
Człowiek

ZAJĘCIE:
Naczelnik Policji Politycznej Królestwa Temer

MIEJSCE ZAMIESZKANIA:
Podróżuje

WIEK POSTACI:
40 lat

STAN MAJĄTKOWY:
Majętny

ROZGŁOS:
Znany wśród swoich

Wysłany: 2018-04-05, 20:18   

Henryk de Luyne --> KLIK


Tego lata można było wreszcie odczuć piękną słoneczną pogodę, nie to co w poprzednich latach kiedy trudno było odróżnić lato od jesieni czy też wiosny. Henryk przybył do Mariboru w celach rekreacyjnych ze swoją przepiękną małżonką, Lieselotte. W ostatnich miesiącach był zajęty przez cały czas sprawami związanymi z jego pracą, król jest chorowity i dopilnowanie najważniejszych spraw niestety zaczęło spadać na barki Henryka i jego ojca, Ambroise’a. Obaj pochodzą ze znamienitego rodu, dlatego dostęp do dworu jest niezmiernie łatwy, a oni sami należą do zaufanego kręgu ludzi Hektusa Starego, króla Temerii. Wspomniałem, że to Ambroise i Henryk przejęli większość obowiązków, ale tak naprawdę to ojciec pełni tylko rolę oficjalną, dyplomatyczną i nie skala swoich czystych jak łza rąk, więc to Henryk wypełnia całą brudną robotę, on i podobny pełnioną funkcją Vincent Crispo co wcale nie ułatwia mu pracy, gdyż często spierają się o różne mniej i bardziej ważne rzeczy. Wszystkie sprawy, które król chce załatwić po cichu przypadają szefowi jego policji politycznej. Chciał od tego odpocząć, zrobić sobie chwilę przerwy, wyciszyć się. Co prawda udał się na „wakację”, lecz jak miał to zrobić skoro zabrał ze sobą swoją niezwykle rozgadaną żonę? Przechadzając się zdał sobie sprawę, że bardzo kocha swoją Lieselotte, lecz miała ona bardzo dużą skłonność do plotkowania i zaczęło mu się wydawać, że towarzystwo szpiegów, spiskowców i niezadowolonych dworzan wcale nie jest takie złe.
Przechodząc jedną z największych ulic Mariboru, Henryk mimo, iż był ze swoją żoną obserwował ludzi, sprawdzał ich zachowanie, widział żebraków i mieszczan, w których rozpoznał to swoich szpiegów to podszeptywaczy innych ważnych person w kraju. Musiał ich rozpoznawać, posiadanie takiej wiedzy to jego zadanie. Jeden z racji swojej ignorancji i lekkomyślności chciał nawet do niego podejść, lecz wystarczył jeden groźny wzrok Henryka w stronę tego jegomościa, by ten podkulił ogon i schował się w cieniu. Jego mina się nie zmieniła, dalej zachował kamienną twarz.
– Myślę, że to już odpowiednia chwila, aby udać się do rezydencji mojego wuja, co ty na to kochanie?
Zwrócił się do swojej małżonki, która urwała zdanie w środku, a jej twarz przybrały gniewną minę, była to twarda i oporna kobieta.
– Jest jeszcze wcześnie, pójdźmy jeszcze w jedno miej…
Uciszył szybkim gestem ręki swoją żonę.
– Nie dyskutuj, słońce już zachodzi, a Maribor po zmroku nie jest bezpiecznym miejscem.
Podążali dalej dobrze im znaną drogą ku rezydencji władcy Mariboru, Sebastiana de Luyne w ciszy. Humor Lieselotte się pogorszył, lecz Henryk zdawał się do lekceważyć, wiedział, że ma rację, nie raz słyszał o zabójstwach w Mariboru. Przekroczywszy bramę rezydencji wkroczyli do domostwa Sebastiana przechodząc przez lekko uchylone drzwi rezydencji. W środku zastali dwie dobrze znane osoby. Henryk wszedł do pokoju, ustał kilka kroków od Ambroise’a i przeczesał swoją czarną jak pióra kruka brodę.
– Witaj, ojcze.
Odszedł kawałek i zbliżył się do stolika gdzie postawiona była karafka z dobrym winem z Cidaris. Nalał sobie połowę kielicha i upił trochę.
– Więc co sprowadza do rodzinnego domostwa Komendanta Straży Miejskiej? Robert , mam rację ?
Wskazał na Boryckiego po czym upił kolejny łyk wybitnie smakującego wina.
 
   Podziel się na:  
Mistrz Bartholomeo


STRONNICTWO:
Każde

RASA:
Człowiek

ZAJĘCIE:
Bard

MIEJSCE ZAMIESZKANIA:
Każde

MOTTO:
Opowiedzieć Ci historię?

Wysłany: 2018-04-05, 21:40   

MG = Ambroise de Luyne, Robert Borycki

Kanclerz nalał do swojego kielicha kolejną dawkę wina, gdyż rozkoszował się w tym roczniku, a poza tym lubił podczas rozmów mieć dla siebie jakieś zajęcie, aby tak bezczynnie się nie gapić na rozmówcę. Na zadane przez strażnika pytanie zaczął się trochę dłużej zastanawiać, czy jest sens mówić temu prostemu człowiekowi o sprawach prywatnych swojego syna. Stwierdził jednak, że nie ma co bawić się w tajemniczość.
-Na spacerze z żoną. Każdy potrzebuje chwili wytchnienia. Ja żałuję, że nigdy nie miałem czasu dla mojej, gdy jeszcze była obecna wśród nas. Miłość to piękna, choć ulotna rzecz, prawdaż Komendancie?
Spytał Borycka upijając łyk wina, na co rozmówca się trochę zmieszał.
-Em.. tak, prawda Panie...
Odparł krótko, licząc, że oczekiwana przez niego osoba szybko przyjdzie. Tak też się stało, a oczy obu jegomościów zwróciły swój kierunek na Henryka i jego ukochaną.
-Witaj, synu. Lieselotte.
Powitał przybyłych, natomiast Robert pokłonił się, zwłaszcza rudowłosej, która na żywo wyglądała jeszcze piękniej. Robert dość szybko się spostrzegł, że Henryk znał jego imię, pomimo, że wcześniej nie mieli ze sobą styczności.
-Panie, mógłbym wiedzieć, skąd wiesz kim jestem?- Spytał zaciekawiony, lecz po chwili przeszedł do zadanego mu pytania. -Przybywam do Waszmości z rozkazu króla...
W tej chwili zapadła krótka chwila ciszy, a Ambroise zwrócił uwagę na synową.
-Lieselotte, mogłabyś nas zostawić samą? Polityka nie jest dla kobiecych uszu, bo jeszcze by przez nią zwiędły...
Poprosił z dozą rozkazu, na co kobieta mogła zareagować tylko poirytowaniem, po czym zmuszona była wyjść i zamknąć za sobą drzwi...
Kanclerz machnął ręką na znak, aby Borycki kontynuował. Ten zaś chrząknął.
-Król Hektus poprosił mnie, abym odwiózł Pana z powrotem do Wyzimy. Domyślam się, że to pewnie psuje wszystkie plany, lecz staram się tylko wykonywać rozkaz...
-Czemu Tobie? I co takiego chce nasz władca?
-Prawdopodobnie dlatego, że pełnię w Mariborze najwyższą funkcję w służbie porządkową. Mam wziąć kilku chłopaków i eskortować Pana Henryka do stolicy. Niestety powód królewskiej audiencji nie jest mi znany, zdaje mi się, że sprawa jest dosyć prywatna.
-A kiedy...?
-Teraz. Najlepiej by było. Ponoć pilne.
Znowu mogła zapaść cisza, zakończona stukotem podstawy kielicha o blat. Ambroise wstał z fotela i podszedł do okna. Jeszcze trochę, a nastanie noc...
-...a więc sprawa jest niezwłoczna. Nie można kwestionować rozkazu króla.- Obrócił się w stronę młodszego de Luyne'a, zakładając ręce do tyłu. -Jeśli ta "sprawa" Cię tam zatrzyma na dłużej, to wraz z Lieselotte dołączymy do Ciebie w stolicy. I tak muszę wrócić do domu psy nakarmić, bo tej cholernej służbie zdarza się zapomnieć lub dać za mało!
Dodał z lekkim bulwersem, gdy przypomniał sobie o zwierzętach, które kochał ja swoje własne, dodatkowe dzieci. Robert tylko podrapał się po brodzie, licząc na szybkie opuszczenie tego miejsca. Czuł się bardzo nieswojo w szlacheckich klimatach, miał ciągłe wrażenie, że dla de Luyne'ów wcale nie różnił się od "cholernej służby"...
-Ruszymy głównym traktem, dotrzemy tam w jedną noc i dzień.
Poinformował Borycki, nie wypadając ze swej świetnej roli służbisty koronnego.
 
   Podziel się na:  
Henryk de Luyne
...


STRONNICTWO:
Temeria

RASA:
Człowiek

ZAJĘCIE:
Naczelnik Policji Politycznej Królestwa Temer

MIEJSCE ZAMIESZKANIA:
Podróżuje

WIEK POSTACI:
40 lat

STAN MAJĄTKOWY:
Majętny

ROZGŁOS:
Znany wśród swoich

Wysłany: 2018-04-08, 17:00   

Stał odwrócony w stronę okna, patrzył. Spoglądał nie tyle co na ludzi co na horyzont, a konkretnie na znikające za nim słońce o barwie czerwonej jak krew dopiero co wypływająca z świeżo zabitej zwierzyny. Tak, lubił takie porównania, myślistwo to jego małe zainteresowanie, nie raz wybierał się na polowania z królem, bardziej w roli ochroniarza niż towarzysza, ale nierzadko musiał strzelać do rozjuszonych dzików przepełnionych agresją żwawo podążających w stronę króla.
Pływając w swoich myślach coraz to bardziej abstrakcyjnych, bardziej prymitywnych nie zauważył, że popijał wino z pustego już kielicha. Był nieobecny. Nie zauważył nawet opuszczenia pokoju przez jego małżonkę. Zdawało mu się, że to trwało kilka godzin, lecz tak naprawdę nie minęło kilka chwil. Z tego stanu wyrwał go dopiero metaliczny posmak suchego srebrnego kielicha, a także słowa Roberta, które były pierwszymi jakie dotarły do jego świadomości. Spokojnie odszedł od okna w kierunku karafki wina, nalewając sobie drugi kielich zwrócił się do Roberta.
– Drogi Robercie, wiesz kim jestem, proszę zakładaj, że wszystko wiem.
Taka była jego praca, wiedza to bardzo użyteczna broń, nieraz kończył spiski wyciągając nieznane nikomu innemu brudy. Każdy ma jakieś słabości, niektórzy lubią zdradzać swoje żony, nie tylko z kobietami, inni niepochlebnie wyrażali się o królu, a u kolejnych wystarczyło tylko wyciągnąć kilka faktów z życia i lekko ubarwić. Tak, kłamanie i oszustwo to chleb powszedni w jego zawodzie, lecz jeśli taka jest racja stanu to wydaje się to w pełni usprawiedliwione.
– Czy usłyszałeś to z jego ust czy ktoś ci to przekazał?
Rzekł słysząc rzekome polecenie króla z ust Komendanta. Wszędzie wyczuwał spiski, nierzadko narażony jest na różnego rodzaju spiski i zasadzki na jego życie, podąża w cieniu, lecz ludzie wiedzą, którą osobę uciszyć, aby rozpocząć chaos w królestwie. Widząc potwierdzające skinienie Roberta lekko się uspokoił, lecz czujność go nie opuszczała.
– Naturalnie, zgadzam się. Mogę w twoim towarzystwie podążyć do Wyzimy na audiencję u króla, lecz nie u boku twoich ludzi, z góry proszę o wybaczenie, lecz posiadam zaufanie tylko do moich towarzyszy. Ty, Robercie z racji tego, że jesteś posłańcem udasz się ze mną by ewentualnie potwierdzić twe słowa.
Wypowiadając ostanie słowa lekko podniósł rękę, aby wskazać palcem na Roberta. Zaczął myśleć kiedy najlepiej byłoby wyruszyć do stolicy, lecz to już dopilnował Borycki.
– Dobrze, Panie Borycki, udam się z tobą jeszcze dzisiaj do Wyzimy. Za chwilę polecę służącemu przygotować nam konie.
Jak powiedział tak zrobił, następnie przechylając kielich, aby dobyć ostatnie kroplę wyśmienitego cidarijskiego trunku zwrócił się do ojca.
– Jak najbardziej ojcze, rad jestem, że tak postąpisz. Tymczasem musimy się pożegnać.
Odstawił kielich na stary dębowy stolik stojący pod oknem. Zrobił to z gracją jakby nie chciał spowodować żadnego hałasu. Podszedł do Ambroise’a i objął go jak syn ojca po czym dodał.
– Do zobaczenia w stolicy i … powodzenia z Liesolette.
Ostatnie słowa wypowiadał już ciszej. Widać było, że kącik ust Ambroise’a lekko się uniósł wywołując u niego radosny nastrój.
– Robercie, możemy?
Wskazał na drzwi, chciał wyruszyć jak najszybciej. Jeśli król wzywa, trzeba pędzić jak najprędzej.
 
   Podziel się na:  
Mistrz Bartholomeo


STRONNICTWO:
Każde

RASA:
Człowiek

ZAJĘCIE:
Bard

MIEJSCE ZAMIESZKANIA:
Każde

MOTTO:
Opowiedzieć Ci historię?

Wysłany: 2018-04-08, 23:28   

MG = Ambroise de Luyne, Robert Borycki

Odpowiedź Henryka na temat "wszystkowiedzenia" szlachetki, sprawiła, że Robert zrobił większe oczy. Słyszał trochę o dziedzicu de Luyne'ów, że jest on jednym z pośród, jak nie najlepszym, szpiegiem w całym Królestwie Temerii, a równać się mu mógł tylko Vincent Crispo. Komendant raczej sam się domyślił, że przed takim człowiekiem nie było jak się z czymś kryć, bo ten widzi i słyszy kurwa wszystko.
-Będę o tym pamiętał, Panie.
Odparł krótko, nie wyrzucając z głowy myśli dotyczących tego jak bardzo szlachcic musiał być wścibski, aby dawać sobie radę w tej pracy. Ale takich właśnie potrzebowała ich ojczyzna.
Jednak zadane pytanie bardzo zdezorientowało Boryckiego, z faktu podejrzliwości, może wskazanej, a może paranoicznej, jednakże i to pozostawił dla samego siebie...
-List z królewską pieczęcią...- Mówiąc to wyciągnął zza pazuchy dokument, wręczając go osobie, której się jego treść tyczyła. -...a jeszcze nie spotkałem się z fałszerstwem takich papierów. Proszę mi uwierzyć, ale jako Komendant Straży Miejskiej jednak znam się na rzeczy.
Dodał od siebie, aby zapewnić Henryka o wiarygodności zleconego mu zadania, które wcale nie było jakieś nadzwyczajne jak dla służbisty, jednakowoż należało mieć na uwadze dziwną tajemniczość audiencji i sprawy z nią powiązaną...
Gdy Naczelnik Policji Politycznej postawił swoje warunki wyjazdu do Wyzimy, Robert jedynie ukłonił się przykładając pięść do klatki piersiowej.
-Wedle rozkazu, Panie. W takim razie odwołam swoich chłopaków i rozkażę im strzec miasta. Dla bezpieczeństwa Mariboru to lepsze rozwiązanie. Ja posłużę się pomocą.
Odparł spokojnie, nie widząc nic złego w drobnych zmianach planów. Borycki od lat siedział na stołku osoby, co musi wykonywać polecenia każdego możnego, dlatego te uniżenie ukazane Henrykowi nie było niczym nadzwyczajnym. Swoje zadanie spełni, wtedy powróci...
Ambroise zrobił kilka kroków w stronę syna, po czym odwzajemnił rodzicielski uścisk, który był swego rodzaju czasowym pożegnaniem i życzeniem powodzenia, gdyż jeśli król miał jakieś zadanie - to na pewno nie byle jakie i nie łatwe...
-Uważaj tylko na siebie... Na staruszka nie patrz, umie sobie radzić z kobietami, jak każdy dżentelmen.
Zaśmiał się krótko poklepując syna po ramieniu. Borycki, który przyglądał się tej rodzinnej scenerii, sam odnalazł drogę powrotną do drzwi. Tam już czekał tylko na główny priorytet jego zadania...

*Noc*


Henryk, Robert, oraz garstka żołnierzy de Luyne'ów, jechali głównym traktem prowadzącym do stolicy. Nastał już mrok, lecz nie przerywali swej wędrówki, woląc odpocząć na miejscu w ciepłych łożach, niż w takich warunkach. Komendant czuł się cały czas nieswojo, jakby dziwne przeczucia dręczyły jego biedną dusze... Spoglądał ciągle po żołnierzach Naczelnika, po czym przerzucił wzrok na zarośla, którymi droga była usłana.
-Panie, coś tu niegra...Rzadko tak miewam, lecz mam wrażenie...
I bum! Coś ciężkiego uderzyło w głowę Henryka, pozbawiając go przytomności i zrzucając z konia. Cokolwiek to było, zostało to rzucone z dużą siłą, raczej nie przypadkowo...

.......

-HENRYKU! WSTAWAJ! BUDŹ SIĘ!
Krzyczał Robert, ocudzając szlachcica. Kiedy de Luyne otworzył oczy, mógł na twarzy Boryckiego dostrzec czyjąś krew, tak samo jak na jego mieczu, na którym mocno zaciskał dłoń. Dookoła nich leżało pełno ciał, jego ludzi, jak i obcych, w czarnych, nieoznakowanych kubrakach.
-Całe szczęście żyjesz...
Powiedział z lekkim uśmiechem, wywołanym ulgą, ale po chwili sam wyprostował się na równe nogi i ruszył wściekle na jednego co żywych jeszcze... bandytów? Kimkolwiek byli, to oni zaatakowali. A ze względu na ich przeważającą ilość, eskorta i agresorzy wyrżnęli się wzajemnie...
Borycki sparował cięcie z góry, które próbował wyprowadzić nieznajomy, po czym zatopił w przeciwniku swój miecz, wykorzystując jego odsłonięte miejsce. Nieznajomy padł martwy na ziemie. Robert ciężko dyszał, lecz nie licząc pomniejszych ran, nie było z nim tak źle...
-Ja pierdolę... Kurwa...- Powiedział do siebie rozglądając się po pobojowisku. -Panie, zostaliśmy sami...- Poinformował szpiega, którego ominęła cała zabawa. Niestety, ale każdy jego prywatny żołnierz, leżał teraz bez ducha, tak jak najeźdźcy. -Napadli nas skurwysyny... Było ich za dużo... To cud, że Pan żyje...
Dodał, chowając miecz do pochwy i pomagając wstać szlachcicowi.
-Ludzkie grzechy nie znają granic... A jeśli chciwość nimi kierowała, to przeklinam wartość złota...
 
   Podziel się na:  
Henryk de Luyne
...


STRONNICTWO:
Temeria

RASA:
Człowiek

ZAJĘCIE:
Naczelnik Policji Politycznej Królestwa Temer

MIEJSCE ZAMIESZKANIA:
Podróżuje

WIEK POSTACI:
40 lat

STAN MAJĄTKOWY:
Majętny

ROZGŁOS:
Znany wśród swoich

Wysłany: 2018-04-11, 20:40   

Postanowili wyruszyć od razu, bez pośpiechu, lecz też nie bez niezbędnego przygotowania. Musieli zmitrężyć kilkadziesiąt minut na skompletowanie całego ekwipunku. Ich celem nie było bowiem przerywanie podróży z powodu niedbalstwa. Henrykowi, Robertowi oraz ich eskorcie podczas rozpoczynania wędrówki towarzyszył półmrok. Dostrzec można było na niebie pierwsze gwiazdy, które prowadziły ich do celu niczym trzech ofirskich wędrowców w pewnej bajce, którą słyszał od matuli w dzieciństwie. Podczas przebywania na szlaku nie zapomnieli o najważniejszej sprawie, porządku. Jechali w ustalonym wcześniej szeregu. Robert i Henryk jechali obok siebie gawędząc tym samym próbując umilić sobie nawzajem podróż. Kilkanaście metrów przed nimi jechał Gustaw, zaufany człowiek Ambroise’a de Luyne, pełnił on rolę straży przedniej, wyczekiwał zagrożeń, nasłuchiwał dziwnych dźwięków, a także wytężał wzrok w poszukiwaniu pułapek. Za Henrykiem jechało około piętnastu chłopa. Wszyscy zahartowani w walce, wszyscy oprócz jednego giermka, Edmunda. Niezwykły chłopak, nie było dla niego rzeczy niewykonalnych, ze wszystkim potrafił sobie poradzić. Za każdym razem kiedy Henryk na niego patrzył przypominał sobie małego chłopca biegającego po ogrodach z drewnianym mieczem udającego rycerza. Co najważniejsze nie był to zwykły chłopak, był to syn jego kuzyna, Eryka z Gors Velen.
– Zapowiada nam się wspaniały wieczór. Myślę, że jutro popołudniu powinniśmy być już w Wyzimie.
Zagaił Henryk patrząc na Boryckiego, chciał go trochę lepiej poznać, może by mu nawet zaufał z czasem, wydawał się na dobrego chłopa, a co najważniejsze lojalnego. Lecz są to przypuszczenia, równie dobrze mógł to być kawał sukinsyna, a ta otoczka to tylko fasada jego prawdziwej osobowości. Patrząc na Roberta od razu było można zauważyć, że te słowa wlatują do jego uszu i pozostają tam bez większego zrozumienia, był czymś rozkojarzony, coś mu nie odpowiadało. Po jego następnej wypowiedzi dowiedział się co przyprawiało go o ból głowy, lecz nie zdążył zareagować coś dużego i twardego uderzyło go w głowę przez co stracił równowagę, koń się spłoszył, a on sam upadł na ziemię plecami w dół niemal nie łamiąc sobie karku. Na nieszczęście stracił przytomność, jedyną rzeczą jaką pamięta z tamtej chwili był ogromny przenikający całe jego ciało ból, niesamowity ból.
Obudził się jak już było po wszystkim. Pierwsze co usłyszał to były słowa Boryckiego, ale kogo miał innego usłyszeć jak wszyscy nie żyli. Złapał się za głowę i powoli zaczął się podnosić. Wstając zachwiał się. Miał problemy z równowagą co było uzasadnione, zważywszy na to, że pół czaszki miał we krwi.
– Co tu się stało? Mów kurwa!
Pierwsze słowa wypowiedziane przez Henryka były tylko iluzją, tak naprawdę wszystko było widać było jak na dłoni. Około trzydziestu chłopa powyrzynało się nawzajem łącznie z Edmundem, biedny chłopak. Podbiegł do jego ciała. Jego brzuch był rozdarty przez miecz a wszystkie flaki zostały wyjęte i porozrzucane w promieniu dwóch metrów.
Rozejrzał się w około rozpoznawał swoich ludzi, lecz wszyscy pozostali byli ubrani w podobne ciuchy, brązowo- czarne. Podszedł do jednego z nich, uklęknął. Bacznie mu się przyjrzał. Jego wzrok podążył ku szyi gdzie zauważył dziwną bliznę był to romb z cyfrą „4” w środku. Sprawdził kolejne ciała i każdy z nich miał inną cyfrę. Brakowało tylko „7”.
– Ciekawe co się stało z tą szczęśliwą siódemką?
Zadumał się na chwilę po czym zwrócił się do Roberta pozostają lekko w amoku.
Wszyscy zginęli, prawie wszyscy. Tylko ty przeżyłeś, dziwne prawda?
Zwrócił się do Boryckiego, jak to możliwe, że tylko on ostał się przy życiu. Jest to kolejna zagadka, która został odłożona przez Henryka na mentalną półkę pod tytułem „rzeczy które ma zrobić dzisiaj, ale zrobię jutro”.
– Nieważne, nie możemy tu zostać, ruszajmy. Ich towarzysze mogą być w pobliżu.
 
   Podziel się na:  
Mistrz Bartholomeo


STRONNICTWO:
Każde

RASA:
Człowiek

ZAJĘCIE:
Bard

MIEJSCE ZAMIESZKANIA:
Każde

MOTTO:
Opowiedzieć Ci historię?

Wysłany: 2018-04-11, 21:52   

MG = Robert Borycki

Borycki za przykładem Henryka, samemu rozpoczął sprawdzanie śladów na trupach i jak się okazało, bandyci byli na prawdę pooznakowani. Jedyne co go ciekawiło to - dlaczego jakaś hanza rabusiów nadawała sobie cyfry?
-Musieli to planować... żaden zwykły rabuś nie zaatakowałby uzbrojonego oddziału... Pewnie zostali przysłani... Albo Panie masz wielu wrogów, albo ktoś nie chciał, abyś dotarł do Wyzimy...
Wydedukował samemu, udowadniając, że jednak potrafił myśleć po swojemu, a nie tylko tak jak ktoś mu podyktuje. Natomiast po oględzinach wszystkich ciał, tak jak de Luyne'a, zauważył, że brakuje tylko liczby 7, choć każda następna występowała...
-W tym chaosie nie spostrzegłem, czy ktoś uciekł, lecz istnieje takie prawdopodobieństwo. Jeśli wróci z posiłkami, to lepiej, by nas tu już nie było, Panie...
Zaproponował, zbierając wszystko co mogłoby się przydać. Konie uciekły z jego rzeczami, dlatego grabił trupy, czy swoich, czy wrogów. Wstydził się tego przed szlachcicem? Ani trochę. Życie nauczyło Roberta, że trzeba sobie radzić, bo żywi zawsze mają rację przeciw umarłym...
Kiedy Szpieg wysunął swoje podejrzenia, wobec Komendanta, ten tylko spojrzał na niego, jakby był skończonym durniem, nawet pomimo tego, że tak nie wypada, bo ten był wysoko urodzonym. Ale po tej rzezi nie bawił się w etykietę...
-Panie de Luyne'a, niech Pan uwierzy, ale Pańscy żołnierze nie mogą równać się ze świetnie wyszkolonymi wojakami ze służb porządkowych, którzy codziennie zmuszeni są dobywać broni, a nie tylko ładnie się z nią prezentować...
Odparł na swoją obronę, trochę odpyskowując, lecz dowodząc swoim umiejętnościom i wyszkoleniu. Co jak co, ale Borycki swego czasu był dobrym towarzyszem i do kielicha, i do walki...
Po tym, gdy wszystko zapakował do torby, a Henryk podsumował zajście, a także wytyczył im dalszy cel, ten długo nie czekał, aby pomóc jeszcze zdezorientowanemu Paniczowi utrzymać się na równych nogach, oraz oddalić się z miejsca zdarzenia...
-Ja nie tyle co bandytów λ się obawiam, Mój Panie, co trupojadów...
Dorzucił, idąc z nim pośpiesznie w stronę stolicy. Konie już dawno zbiegły, co za tym idzie, zmuszeni byli wszystko załatwić na piechtaka...

*Następnego dnia, popołudniu*


Wyzima (KLIK)


MG = Hektus Stary (KLIK), Frederico La Volffe (KLIK)

Stolica, potężna i wielka stolica Temerii, wielce przywitała strudzoną podróżą dwójkę mężczyzn, którzy wyglądali w tragicznym stanie. Gdy tylko rozpoznano dziedzica rodu de Luyne'ów, strażnicy zwołali medyków i obstawę, która pomogła "dostarczyć" ich do królewskiego pałacu. Oczywiście po drodze budząc w obywatelach niemałe poruszenie i strach, gdyż i tak już każdy bał się wystawić nos za mury miejskie...
Rozdzielono ich, gdyż Roberta zabrano do królewskich lekarzy, ponieważ mając dużo poważniejsze rany od szlachcica, w drodze stracił dużo krwi, więc niewiele go oddzielało od śmierci. Natomiast Henrykowi opatrzono głowę, stwierdzając, że nie doszło do żadnych poważniejszych uszkodzeń, poza tymi powierzchownymi. Ze względu, że król go bardzo oczekiwał, Szpieg musiał natychmiastowo przebrnąć przez przygotowania do audiencji. Przemycie ciała, ubranie odpowiedniego stroju godnego szlachcica, przycięcia brody, oraz włosów. To wszystko było niezbędne, jednakże doświadczonym sługom dworskim wystarczyła godzina, aby dojść z nim do ładu. Następnie szambelan zaprowadził go do sali tronowej, gdzie już w progu słychać było dziwną rozmowę...
-Wasza Łaskawość, coś musimy zrobić z Adalbertem... Wystarczy, że Książęta już się kłócą, po co większe problemy robić...
Mówił pewien wysoko postawiony arystokrata, którego ubiór wręcz przepełniony był temerskim błękitem. Henryk musiał go znać. Frederico był dumnym przedstawicielem szanowanego rodu La Volffe, który już dawno zasiadał na stołku doradcy starego Hektusa.
-Zostaw go w spokoju, inaczej to ja coś z Tobą zrobię...
Odparł dosyć oschło starzec na tronie, którego siwa broda i włosy sięgały już samych poręczy królewskiego siedziska. Widać było w nim swego rodzaju majestat, który wzniósł Temerie ponad wszystkie inne królestwa. Nawet w jego słowach dało się wyczuć moc, której od dawna nikt mu nie przypisuje, ze względu na podeszły wiek, wyjątkowo nadludzki, czego zasługą była elfia krew matki Hektusa...
-Rozumiem, Mój Królu, nie uczynię niczego wbrew woli Jaśnie Oświeconego...
Wtedy szambelan otworzył dosyć głośno wrota, co skupiło ich uwagę na postaci Henryka.
Król klasnął, bardzo wolno, lecz w geście uradowania, po czym ręką wykonał gest, mówiący mu by po ukłonie podszedł do niego. Frederico za to sam szybko zjawił się przed de Luynem.
-Jesteś zdrów? Słyszeliśmy o tej napaści i niech Wieczny Ogień chroni tego, kto pomógł Tobie tu dotrzeć! Ten kraj zaraz by padł bez Ciebie!
Arystokrata uśmiechnął się, po czym zamilkł, gdy znaleźli się już obok monarchy.
-Henryku, rad jestem widzieć Cię żywego, gdyż podróż okazała się wyjątkowo groźna! Uważałem ten trakt za bezpieczny...
 
   Podziel się na:  
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  




wxv.pl - załóż forum dyskusyjne za darmo







Styl forum wykonany przez Kindred.
Wsparty na stylu autorstwa kotletbarani
Ze wsparciem ze strony Zirael;
Kodowanie występujące w działach wykonane przez Kindred


Strona wygenerowana w 0,06 sekundy. Zapytań do SQL: 9